Jest
to moje pierwsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek opublikowałem. Tematyka
związana z FNaF’em. Pojawia się też pewna rzecz związana z filmami „Iron Man”.
Za wszystkie błędy i braki przecinków przepraszam z góry. Nie przedłużając
miłego czytania życzę :D
-
-
- -
-
Zaczęło
się to wszystko w pierwszej z placówek Freddy Fazbear’s Pizza. Pracowałem tam
jako stróż. Wraz ze mną tej roboty podjął się chłopak w moim wieku – Vincent.
Na samym początku naszej znajomości wydawał mi się on trochę dziwny. Nie często
widzi się przecież ludzi z fioletowymi włosami i takimi też oczami. Do pracy
przychodził w ciemno fioletowym uniformie. Oczywiście, z czasem przyzwyczaiłem
się do jego wyglądu. Nasza robota nie była zbytnio wymagająca – mieliśmy tylko
pilnować całego budynku i nie pozwolić niczego ukraść lub zniszczyć. Co do
dyżurów, to raz ja brałem nocną zmianę, a on dzienną i na odwrót. W czasie
dużych imprez razem „pilnowaliśmy” porządku. Z czasem dzieci dały nam nawet
ksywki : mnie zaczęły nazywać „Silent Guard”, czyli cichy strażnik, zaś
Vincenta – „Purpley Guy”, czyli fioletowy gość. Moje nowe „imię” wzięło się
stąd, że najczęściej zamieniałem z kimś dwa, trzy słowa, a później stałem i
obserwowałem otoczenie z nikim już nie rozmawiając. Przezwisko Vincenta, zaś…
no cóż tego skąd się wzięło chyba nie muszę wyjaśniać.
Wracając,
podczas tych kilku miesięcy, kiedy pracowałem z nim, zacząłem zdawać sobie
sprawę, że czuje coś do tego chłopaka. Pierwszy raz zauważyłem to podczas z
jednej z imprez urodzinowych. Rozglądałem się po sali, kiedy mój wzrok
zatrzymał się na Vincencie. Stał oparty o ścianę i tak jak ja, obserwował
pomieszczenie. Przeanalizowałem jego sylwetkę od góry do dołu i nie mogłem
zaprzeczyć temu, że jest przystojny. Patrząc na Vincenta czułem „motylki” w
brzuchu. Było to ciekawe i jednocześnie cholernie dziwne uczucie. Od tamtej
chwili co raz częściej mu się przyglądałem, gdy nie patrzył. Kiedyś zdarzyło
się, że odwrócił głowę w momencie, kiedy się jemu przypatrywałem. Musiałem wtedy
natychmiast spojrzeć w dół, by nie zobaczył pojawiających się na mojej twarzy
rumieńców. Niewiedziałem co się ze mną dzieje. Patrzyłem przez wiele dni w lustro, szukając wyjaśnienia na moje zachowanie, aż mnie w końcu oświeciło. Zrozumiałem, że
zakochałem się w nim i to po uszy. Chciałem mu to powiedzieć, ale nie byłem
pewny, czy mnie nie odtrąci lub co gorsza, wyśmieje. Uznałem więc, że nic mu
nie powiem. Było mi trudno to dusić w sobie, ale jakoś dawałem radę.
Tydzień
po tym „odkryciu”, byłem świadkiem czegoś, co na zawsze zapadło mi w pamięć.
Przyszedłem właśnie na nocną zmianę. Przechodziłem obok kuchni, kiedy
usłyszałem dochodzące z niej śmiechy. Spojrzałem przez okienko w drzwiach, żeby sprawdzić co się
dzieje. Ujrzałem piątkę dzieci, stojących wokół Golden Freddy’ego, jednego z
animatroników pochodzących z Fazbear’s Familly Dinner. Zaczynając prace,
dowiedziałem się, że kostium Złotego mógł zostać założony przez człowieka.
Zdziwiłem się trochę, bo nie miałem pojęcia kto chciałby go teraz zakładać.
Moje zdziwienie było większe, kiedy okazało się, że to Vincent. Chłopak ściągnął strój i wyciągnął nóż. Kiedy to zobaczyłem stanąłem jak słup soli i nie
mogłem się ruszyć. W tym samym czasie on zaczął rzeź. Krew była wszędzie : na
podłodze, ścianach, suficie oraz na nim. Co chwila było słychać krzyki dzieci.
Po skończonej „robocie” Vincent „zapakował” zwłoki do animatroników i zaczął
sprzątać. Jedyne co mi wtedy przyszło do głowy to ucieczka, więc uciekłem do
biura. Usiadłem przy biurku i zakryłem dłońmi twarz. Nie wiedziałem co mam o
tym myśleć. Powinienem go powstrzymać, już po tym jak wyciągnął broń. Nie
umiałem jednak tego zrobić. Bezradnie patrzyłem jak zabija te dzieci. Nie byłem
też, pewien czy po winem mu powiedzieć, że to widziałem, czy lepiej nie. Po
krótkiej wewnętrznej kłótni postanowiłem, że zachowam to dla siebie.
Kilka
dni później w gazetach zaczęto pisać o tajemniczym zniknięciu tych dzieci.
Większość poszlak prowadziło do Freddy’s Fazbear’s Pizza, ponieważ to tam były
ostatnio widziane. Razem z Vincentem byliśmy przesłuchiwani, a policja
przeszukiwała budynek. Nie wiem jak on to zrobił, ale niczego nie znaleźli.
Kiedy byłem przesłuchiwany, na niektóre pytania udzielałem fałszywych odpowiedzi.
Nie dałem rady powiedzieć im, że to Vincent. Czułem, że jeślibym to zrobił, już
nigdy bym go nie zobaczył, a tego nie przeżyłbym. Kiedy sprawa trochę ucichła,
myślałem, że to już koniec. Miałem nadzieje, że wszystko wróci do normy.
Niestety, strasznie się myliłem. Było coraz gorzej. Klienci zaczęli skarżyć się
na dziwny odór, przypominając smród zgniłego mięsa, który wydobywał się z
animatroników oraz na maź, przypominająca trochę krew, wypływającą z ich
oczodołów. Ostatnią kroplą, która przepełniła to naczynie skarg, był wypadek
podczas ostatniej z imprez w placówce. Ofiarą byłem ja. Nic nie zapowiadało, że
coś się stanie. Wyglądało to jak normalne urodziny. Oczywiście coś musiało
pójść nie tak.
Miałem
właśnie pójść do biura, by sprawdzić czy kamery działają, kiedy moją uwagę
zwrócił jeden z animatroników, lis Foxy. Stało przednim kilkoro maluchów i
klaskało w rytm śpiewanej przez niego piosenki. Nagle lisiasty zaczął się
„zacinać”. Podszedłem, więc tam by sprawdzić co jest z nim nie tak. Gdy byłem
już w odległości dwóch kroków od niego, animatronik rzucił się na dzieci. Nie
wiele myśląc, skoczyłem aby przeciąć mu drogę. Bardziej poczułem niż zobaczyłem
jak jego metalowe zęby zatapiają się w moją klatkę piersiową. Razem z nim
upadłem na podłogę. Wokół siebie słyszałem przerażone krzyki dzieci i ich
rodziców. Zdawało mi się nawet, że słyszę wołanie Vincenta. Zemdlałem.
-
-
-
-
-
JEŚLI
CI SIĘ SPODOBAŁO TO ZOSTAW KOMENTARZ. MOŻE BYĆ NAWET WYTYKAJĄCY BŁĘDY, BYLE
TYLKO BYŁ :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz